Rozwój technologii sprawił, że telefony komórkowe zastępują nam praktycznie wszystkie urządzenia, z których korzystamy w ciągu dnia. Nikogo też nie dziwi fakt, że wiele osób pracuje nie przy biurku w biurze, a na laptopie, który nosi przy sobie w ciągu dnia.

Technologia nie jest jednak zbyt łaskawa dla baterii w tych urządzeniach, co sprawia, że musimy je ładować nawet kilka razy dziennie. Nie jest to problemem, gdy jesteśmy w domu, ale co robić, kiedy do domu mamy daleko i nie zapowiada się, żebyśmy prędko mieli wrócić. Czy zatem można naładować telefon w urzędzie albo w szkole?
W internecie zdjęcie o zakazie ładowania telefonów w szkole rozchodzi się z prędkością światła. Wynika z niego, że dyrektor szkoły zakazuje osobom, które przebywają w tej placówce ładowania jakichkolwiek urządzeń w jej gniazdkach. Powołuje się przy tym na artykuł 278 Kodeksu karnego, a zwłaszcza na jego paragraf 5.
Art. 278.§ 1. Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.

§ 3. W wypadku mniejszej wagi, sprawca podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 4. Jeżeli kradzież popełniono na szkodę osoby najbliższej, ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.

§ 5. Przepisy § 1, 3 i 4 stosuje się odpowiednio do kradzieży energii lub karty uprawniającej do podjęcia pieniędzy z automatu bankowego.
Sprawa w zasadzie mogłaby być uznana za zabawną, bo kto choć raz nie naładował telefonu w publicznie dostępnym gniazdku. A jednak dyrektor szkoły ma trochę racji. Czy zatem ładowanie telefonu można uznać za kradzież prądu i można za to iść do więzienia?
Przede wszystkim trzeba zauważyć, że koszt naładowania jednego telefonu to raptem ułamek ceny kartki i tuszu, które posłużyły do wydrukowania omawianej informacji. Są to kwoty rzędu ułamków groszy. Teoretycznie oczywiście możliwa jest sytuacja, w której kilkaset, a nawet kilka tysięcy osób ładuje swoje urządzenia w gniazdkach znajdujących się w miejscach publicznych, co rzeczywiście, mogłoby wpłynąć na wysokość rachunków za prąd.
Oczywiście intencją ustawodawcy, który wprowadził przepis zawarty w paragrafie 5 z pewnością nie było karanie uczniów, którzy ładują telefony w szkole. Chodzi raczej o nielegalne podłączanie się do cudzego źródła energii (np. do licznika sąsiada). Niestety przepis został tak skonstruowany, że kradzież prądu to zarówno podłączenie się do licznika sąsiada, jak i ładowanie telefonu w szkolnym gniazdku.
Zatem jeśli dyrektor szkoły przyłapie ucznia na wynoszeniu naładowanych powerbanków w plecaku, to dlaczego mówimy o przestępstwie, a nie wykroczeniu? Na to wskazywałaby chociażby wartość skradzionego prądu. W końcu kradzież, jako przestępstwo, zaczyna się dopiero od 500 zł. To jasne, że wszystkiemu jest winna redakcja przepisu. Zawarte tam sformułowania jasno wskazują, że przepisy § 1, 3 i 4 stosuje się odpowiednio do kradzieży energii, ale nie określają one wartości skradzionego prądu.