Emerytura obywatelska ma wynosić 1470 zł. Dostawaliby ją nawet ci, którzy nigdy nie pracowali. A emeryci, którym przysługują wyższe świadczenia musieliby przekazywać 10 proc. ze swoich pieniędzy na rzecz uboższych.

Eksperci nie wątpią, że tylko wizja głodowych emerytur może zachęcić Polaków do oszczędzania na starość, ale jednocześnie są oburzeni propozycją wprowadzenia dziesięciny dla pobierających wyższe świadczenia.
Powodem tego oburzenia jest pomysł emerytur obywatelskich, którą przedstawił pod koniec lutego dr. Dariusz Standerski z Fundacji Kaleckiego podczas IV Forum Współpracy zorganizowanego przez ZUS. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że niektórzy z partnerów społecznych w ogóle nie wiedzieli o tym spotkaniu.
– Nikt nas nie zaprosił do ZUS. Nie mieliśmy więc okazji, aby wyrazić swoją opinię na temat kolejnej próby majstrowania przy systemie emerytalnym – mówi Bogusława Nowak-Turowiecka, ekspert ubezpieczeniowy ze Związku Rzemiosła Polskiego.
– Właściwym miejscem do dyskusji o kształcie systemu emerytalnego jest Rada Dialogu Społecznego. ZUS nie powinien zabierać głosu w sprawie możliwych zmian. Ta instytucja ustawowo została powołana do innych zadań – uważa Henryk Nakonieczny, członek prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.
ZUS się broni. – Zorganizowane przez nas forum jest miejscem debaty o najważniejszych problemach dotyczących rynku pracy, systemu ubezpieczeniowego czy emerytalnego – powiedział jego rzecznik Wojciech Andrusiewicz. Wyjaśnił on, że przy okazji takich spotkań ZUS chce zapoznawać pracodawców i związki zawodowe z różnymi koncepcjami, o których się w danej chwili dyskutuje. – Tak też było w tym przypadku. Żadnego z prezentowanych rozwiązań nie rekomendujemy. To tylko przyczynek do dyskusji – zapewnił.

Dr Wojciech Nagel, ekspert do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek Konwentu BCC i Rady Nadzorczej ZUS, nie wątpi, że jeśli będziemy mieli wizję niskich emerytur, to zdecydujemy się na dodatkowe oszczędzanie na starość. Ale do tego potrzeba dobrej edukacji i zaangażowania partnerów społecznych oraz rządu. – Kwestia emerytur obywatelskich coraz częściej obecna jest w debacie publicznej. Pojawia się w kontekście odejścia od systemu zdefiniowanej składki w FUS, która uzależnia wysokość świadczenia wypłacanego po zakończeniu aktywności zawodowej od kwoty zgromadzonego kapitału emerytalnego – wyjaśnił.
Jak miałby wyglądać taki system? W analizie „Jak uniknąć katastrofy? Perspektywy polskiego systemu emerytalnego” przygotowanej w Fundacji Kaleckiego wskazano, że powinien on składać się z podstawowej emerytury obywatelskiej (w wysokości powiązanej z minimalnym wynagrodzeniem) i indywidualnego planu emerytalnego zbudowanego w oparciu o ofertę podmiotów publicznych i prywatnych, wspieranych przez państwo.
– Kwotą graniczną dla emerytury obywatelskiej może być 1470 zł, czyli 70 proc. wysokości obecnego minimalnego wynagrodzenia za pracę – tłumaczy dr Dariusz Standerski. – Do nowego systemu automatycznie powinny trafić osoby, które nie uzbierały kapitału pozwalającego na wypłatę wyższych świadczeń. Natomiast ci, którzy mają większe oszczędności, powinni się nimi podzielić. Z moich wyliczeń wynika, że ta grupa osób powinna oddać 10 proc. swojej emerytury – dodaje.
Zdaniem Standerskiego takie rozwiązanie trzeba koniecznie wprowadzić z dwóch bardzo ważnych powodów. Po pierwsze, dlatwgo, bo mamy fatalne wskaźniki demograficzne, więc dotychczasowy system emerytalny długo nie wytrzyma. Po drugie natomiast, składek na emerytury nie płacą służby mundurowe, zaś wysokość emerytur górniczych nie ma nic wspólnego ze składkami, jakie płacą ZUS - owi.
Koncepcja świadczenia powszechnego nie znalazła ani odrobiny uznania u partnerów społecznych. – Jest wzorowana na systemie anglosaskim. Tylko jej autorzy zapomnieli, że w tamtych systemach niewielka emerytura wypłacana z systemu publicznego jest jednym z kilku, najczęściej czterech filarów odkładania środków na starość – tłumaczy dr Wojciech Nagel. Pozostałe filary nie mają związku z ubezpieczeniem społecznym, a gromadzone na nich środki są całkowicie prywatne i zarządzane rynkowo. – Ale taka konstrukcja sprawia, że uczestnictwo w tym systemie jest prawie powszechne, przekracza 70 proc. – podkreślił ekspert. I przypomniał, że na doświadczeniach brytyjskich opierają się m.in. rozwiązania przygotowane przez zespół premiera Morawieckiego.

Pomysł świadczenia obywatelskiego, które miałoby pozbawiać zamożniejszych emerytów części zgromadzonych oszczędności nie chcą też zaakceptować związkowcy. – Polacy stracili zaufanie do systemu emerytalnego. Teraz nikt się nie zgodzi się na to, żeby mu zabrano ciężko wypracowane środki – uważa Bogdan Grzybowski, dyrektor wydziału polityki społecznej OPZZ i członek Rady Nadzorczej ZUS. – Zresztą najpierw ZUS będzie chciał zabrać 10 proc. wypracowanej emerytury, ale po kilku latach okaże się, że to za mało. I ubezpieczeni stracą dalsze 30 proc. swoich oszczędności – dodaje.
Podobnego zdania jest Jeremi Mordasewicz. – Wprowadzenie takiego systemu byłoby niegodziwością. Nie dość, że całkiem realne jest niebezpieczeństwo, że szybko z 10 proc. zrobi się 20 czy 30 proc, to jeszcze ludzie stracą motywację do pracy. Teraz połowa Polaków nie ma praktycznie żadnych aspiracji zawodowych. Jeśli będą mieli zagwarantowaną emeryturę obywatelską, to nie będą pracowali – tłumaczy ekspert ubezpieczeniowy z Konfederacji Lewiatan.
Co zatem należy zrobić, by uratować system emerytalny przed katastrofą? Specjaliści są pewni, że przede wszystkim trzeba zadbać o większe wpływy do FUS przez wprowadzenie powszechnego systemu opłacania składek oraz stworzenie ciekawych zachęt do dodatkowego oszczędzania. No i przekonać Polaków, by chcieli dłużej pracować. Bez tego przyszłe emerytury będą głodowe.